77. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Juliusz Kulesza, powstaniec warszawski: Jest coś ważniejszego od życia

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Grupa powstańców ze Starówki odpoczywa po ewakuacji kanałami na jednej z posesji przy ul. Wareckiej. Śródmieście Północne. 1 września 1944 r.
Grupa powstańców ze Starówki odpoczywa po ewakuacji kanałami na jednej z posesji przy ul. Wareckiej. Śródmieście Północne. 1 września 1944 r. Joachim Joachimczyk „Joachim”/Muzeum Powstania Warszawskiego
Dla nas problemem było to, że Niemcom amunicja nigdy się nie kończyła. U nas była na wagę złota. Nawet plakaty nawoływały do oszczędzania amunicji: „Jeden pocisk, jeden Niemiec” – Powstanie Warszawskie wspomina jego uczestnik, 93-letni Juliusz Kulesza, grafik i pisarz.

Co Pan czuje, kiedy nadchodzi 1 sierpnia, godzina 17?

Za każdym razem jest to dla mnie wyjątkowa pora. Dlatego, że przypomina najważniejsze chwile w życiu. Niewątpliwie, najważniejszym okresem było dla mnie Powstanie Warszawskie i to z różnych powodów. Nałożyły się na to dwie sprawy. Sprawa pierwsza to dramaturgia osobistych przeżyć. W tak zwanych normalnych czasach na ogół nie zdarza się, żeby ktoś chciał nas zabić. A tu chciano zabić i dokładano wszelkich starań, żeby zrobić to skutecznie. Zatem raz, to zagrożenie własnego życia i związane z tym wszelkie okoliczności. Ale to jeszcze nie byłoby powodem decydującym.

Co nim było?

Świadomość uczestniczenia w bardzo ważnym wydarzeniu historycznym. Stworzona nam została szansa uczestniczenia w największej bitwie, bitwie ulicznej II wojny światowej, to nie ulega kwestii. A to powoduje, że pamięć o tych zdarzeniach do końca życia będzie numerem jeden, jeśli chodzi o przeżycia osobiste.
Oto Dawid staje przed Goliatem – powstańcy mieli wówczas tego świadomość?
Wie pani… Sprawa jest skomplikowana. Dziś jesteśmy mądrzy o wiedzę o tym wszystkim, co się wydarzyło później. Wtedy byliśmy przekonani, że sytuacja jest inna, niż była w rzeczywistości. Przede wszystkim liczyliśmy na naszych sojuszników.

Stali za Wisłą.

Liczyliśmy na jednych i na drugich. Oczywiście, największy zawód sprawili ci ze wschodu, bo stanął front. Byłem bardzo blisko Wisły, bo w gmachu Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. Przez kilka nocy słyszeliśmy kanonadę artyleryjską od wschodu. I później to ucichło. Dlaczego ucichło – dzisiaj już to wiemy. Nie chciano nam pomóc, po prostu. Zatem ze wschodu pomoc nie nadeszła. A z zachodu może i chciano pomóc, ale liczą się efekty. Przecież 7 Pułk Piechoty Garłuch miał zdobyć lotnisko Okęcie właśnie dlatego, żeby umożliwić lądowanie brygady spadochronowej. Żadnej brygady nigdy nikt się nie doczekał. Padliśmy ofiarą wiary w to, że ktoś chce nam pomóc.

To wie Pan dzisiaj. Co wiedział 16-letni chłopak, którym Pan był 1 sierpnia 1944 roku?

Przede wszystkim byliśmy optymistami, bo niewiele dni wcześniej oglądaliśmy pożałowania godny odwrót armii niemieckiej. Przez Warszawę szły tłumy bezładne i bezradne Niemców i ich sojuszników, cała ta zbieranina. Jest cała dokumentacja fotograficzna, jak pędzeni byli niczym bydło. Na własne oczy widziałem wtedy niemieckich żołnierzy bez butów. To dawało wszelkie podstawy sądzić, że Niemcy się załamują. Kto mógł przypuścić, że oni po paru dniach okrzepną, front się zatrzyma, a oni się zorganizują i staną się dla nas zagrożeniem, na które parę dni wcześniej sytuacja nie wskazywała? Już wtedy uważaliśmy, że wojna skończy się dla nas pomyślnie, bo przecież w 44 roku nastąpiło ogólne załamanie Rzeszy. Można więc było się spodziewać optymistycznego finału. Oczywiście nie przypuszczaliśmy, że gdzieś bardzo wysoko nastąpią polityczne uzgodnienia i znajdziemy się w tej strefie wpływów, w której się znaleźliśmy. Ani ja, ani moi koledzy w ogóle nie rozumowaliśmy wówczas tymi kategoriami. Przeciwnie. Były głosy, że niedługo pójdziemy na Berlin.

Pan na powstanie poszedł nielegalnie. Ojciec krzyczał za Panem: „Julek! Julek!”.

Zgłosiłem się do powstania jako ochotnik. Byłem w nietypowej sytuacji, bo nie byłem w konspiracji. Przez większą część okupacji mieszkałem na Żoliborzu, tam chodziłem kolejno do dwóch podstawówek, tam miałem kolegów. Sądzę, że gdybym nadal był żoliborzaninem, byłbym jednym z tych, którzy na Żoliborzu stanowili pluton 227, składający się z samych chłopców, tak zwanych szczurów kanałowych. Ale z rodzicami przenieśliśmy się z Żoliborza na Stare Miasto. Okupacyjne ograniczenia, godzina policyjna, łapanki – to spowodowało, że moje kontakty koleżeńskie z Żoliborzem się rozluźniły. Natomiast w bloku mieszkalnym pracowników, w kompleksie PWPW, w którym zamieszkaliśmy półtora roku przed powstaniem, było paru kolegów, moich rówieśników.

Pracował Pan już w PWPW.

Pracowałem od 1942 roku jako praktykant. Początkowo niemiecki, okupacyjny urząd pracy skierował mnie do fabryki silników na Okęciu, na potrzeby niemieckiego lotnictwa. Ale Wytwórnia mnie przyjęła, bo mój ojciec tam pracował; przez 30 lat był na kierowniczym stanowisku. Poza tym, było to o tyle zasadne, że ja od smarkacza miałem predyspozycje rysunkowe. Wytwórnia wystawiła zapotrzebowanie na praktykanta rysownika.

Rysował Pan niemieckie banknoty?

Głównie retuszowałem; tła banknotów i kart żywnościowych, najróżniejsze druki; misterne siateczki. Rylcem się wyskrobywało niepotrzebne kreski, piórkiem się rysowało, jak było czegoś brak. Starsi koledzy pracowali tam na potrzeby konspiracji, wyrabiali nawet fałszywe dokumenty. Mnie, młodego chłopaka, traktowali serdecznie, życzliwie. Była tam duża biblioteka o tematyce artystycznej, grafice, kopiowałem sobie na własne potrzeby reprodukcje starych mistrzów, Dürera na przykład. Pozwalano mi na to.

Jak się zaczął dla Pana 1 sierpnia 1944 roku?

Przede wszystkim byliśmy odcięci. Istotne było to, że na parę godzin przed wybuchem powstania, z tajemniczych powodów została nagle wzmocniona załoga niemiecka w całym gmachu PWPW, łącznie z naszym blokiem mieszkalnym. Przybyły dwie ciężarówki pełne wojska z ciężką bronią maszynową. To świadczy o tym, że Niemcy mogli przewidywać, że powstanie wybuchnie. Ale na pewno nie docenili jego rozmiarów, jego skali. Jednak to, że będzie jakaś strzelanina – tego się spodziewali. Obstawili gmach. Pani ten gmach pewno zna? Widziała

Uwaga na chińskie telefony

Wideo

Materiał oryginalny: 77. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Juliusz Kulesza, powstaniec warszawski: Jest coś ważniejszego od życia - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie